poniedziałek, 29 października 2012

W oparach absurdu...

... i w objęciach śnieżnych płatków.

Nie dalej jak tydzień temu rozmawiałem z dziewczyną o tym, że marzy mi się by już była zima. Żeby padał pierwszy śnieg, o zmierzchu, przy światłach lamp. Żeby móc założyć śniegowce, puścić na słuchawkach "A kiss to build a dream on" Louisa Armstronga (http://www.youtube.com/watch?v=NDgncPD0bew ) lub "Hedwig's Theme" z Harry'ego Pottera w słuchawkach, zarzucić na głowę zimową czapaję, owinąć szyję ciepłym szalikiem... I ruszyć przed siebie.

Z rękami w kieszeniach.

Z uśmiechem na ustach :)

Powolutku, mając w głowie wszystkie leniwe myśli, na które moje życie ostatnio toczyło się zbyt szybko.

Łapać językiem spadające płatki i widzieć coraz mniej zza na wpół zaparowanych, na wpół zamarzniętych szkieł okularów...

No i tak - tydzień po naszej rozmowie - moje marzenie się spełnia! :)

Telepatycznie chyba, ten tydzień temu, tego samego dnia - brat wysyła mi z Japonii link do artykułu o pewnej grze flash. Gra nazywa się January. Jest grą bardzo prostą - wręcz ciężko ja nazwać grą... Moje uczucia do niej świetnie wyraża króciutki artykuł na jednym z serwisów: http://polygamia.pl/Polygamia/1,108240,12674934,January___im_bardziej_pada_snieg___.html?bo=1

Gdybyście natomiast chcieli sami spróbować, to polecam tej, troszeczkę starszej - ale w moim odczuciu bardziej klimatycznej wersji: http://jayisgames.com/games/january/

Gdy pierwszy raz ją włączyłem, siedziałem z maślanymi oczami, śledziłem co dzieje się na ekranie i  ożywiałem wspomnienia z lat nieco dawniejszych. Dzisiaj mogłem te wspomnienia ożywić bardziej empirycznie - chodząc i łapiąc przelatujące płatki śniegu :)

28 październik, godzina 20:37, 5 cm śniegu i dalej sypie. Absurd? Być może - ale jaki przyjemny!!

---------------------------------------------------------

Po miesiącu studiowania na 3 roku cały czas mam takie wrażenie, że znajduje się w oparach absurdu. Moje życie obróciło się o 130 stopni, musiałem bardzo przeorganizować swoje przyzwyczajenia. Nagle zacząłem niejednokrotnie przebywać na uczelni 13h jeżdżąc z jednej śląskiej dzielnicy do drugiej. Pobudki przed 7. Masochizm. Przez 2 lata miałem zajęcia na 10 - 11 (opcjonalnie raz w tygodniu na 8!) aż tu nagle TAKA zmiana.

Rzadziej przez to jadam śniadania. Rzadziej robię obiady. No i o dziwo: mam dużo mniej nauki. Nagle okazuje się, że gdy przemęczyłem się już z biochemią, mikrobami i innymi pato-paskudztwami... Albo tej nauki teraz niema - albo jest jej tak znikoma ilość, że praktycznie niezauważalna :P

Poczyniłem też jeszcze jedną obserwację: mam wrażenie, że teraz na studiach będą wymagać pewnych rzeczy, jednak wszystko co ponadto leży już tylko w naszej gestii - mam umieć COŚ, podstawę. Jeżeli chcę się czymś zainteresować szerzej - voila - czytelnia i do przodu. Do każdego przedmiotu stosik jest gruby jak 10 tomów Bochenka (albo 4 bochenki chleba).

Widać też pewną zmianę wśród katedr ogólnomedycznych z jakimi mamy do czynienia (np. pediatria). Sami asystenci traktują nas w końcu poważnie jako sensu stricte studentów stomy i nie władowują nam do głów setek tysięcy pierdół, tylko zwracają uwagę na rzeczy, które będą nam potrzebne w przyszłej praktyce. Podoba mi się to - można się bardziej skupić na rzeczach nas interesujących.

Ze zmian stanowczych nie wypada nie wspomnieć o tym, że przez 1 miesiąc wypiłem więcej alkoholu i zaliczyłem więcej "wyjść" niż przez cały poprzedni semestr :P. Jak strajkujący po ostrej głodówce, jak nomad po 7-dniowej pustynnej tułaczce - tak i ja heroicznie nadrobiłem zaległości. Przeniesienie się do centrum Zabrza z Helenki (ościenna dzielnica Zabrza) dużo rzeczy zmieniło się na lepsze. Na przykład ten pub, od którego nazwy wziąłem tytuł posta:


---------------------------------------------------------

Musicie mi wybaczyć to przeraźliwe gadulstwo ale dawno mnie tu nie było (! kto chce może mi teraz sypnąć kijem bejsbolowym przez nerki za opieszałość w pisaniu !).

Jak już wcześniej powiedziałem: rozpoczęły nam się już przedmioty kierunkowe na całego, niektóre  póki co w fazie przedklinicznej (protetyka, chirurgia, ortodoncja, fizjologia narządu żucia), a niektóre już w klinicznej (póki co stomatologia zachowawcza). Przyniosły one wraz ze sobą dawne dylematy odnośnie drogi w której stronę powinienem pójść. W czym się wyspecjalizować, gdzie zmierzać. Póki co jestem jak kameleon - każdy ciekawy wykładowca, pasjonujący wykład, krótka rozmowa czy szersza dyskusja powodują że nasiąkam coraz to innymi kolorami. 

Chirurgia szczękowa - o żesz madafaka ale to kosmicznie trudne i odpowiedzialne! Chirurgia stomatologiczna - bardzo spoko, prostsza a dająca sporo satysfakcji! Protetyka - walory estetyczne przede wszystkim, skomplikowane rekonstrukcje, zmiana czyjegoś życia o 360 stopni - super! Endodoncja - kosmicznie precyzyjna, bardzo trudna i wymagająca - też fajna! Ortodoncja - ... nie no dobra - to jedno mnie nie zafascynowało póki co :D

Przypuszczam, że przez cały rok będę targany wątpliwościami i będę zmieniał kierunki jak chorągiewka na wietrze. Czy to złe?... Po to chyba studiuję, żeby się jak najwięcej napatrzeć i odpowiednio potem wybrać żeby nie żałować :) Zamierzam jeździć na wszystkie konferencje z PTSSu (najbliższa w Warszawie, już 23-24 listopada!), idę na koło z fizjologii narządu żucia (opiekunka koła zaproponowała interesującą kliniczną pracę badawczą), a także planuję wybrać się na wakacje po 3 roku do jakiejś polikliniki stomatologicznej gdzie będę miał okazję przyjrzeć się pracy lekarzy wszystkich specjalności po trochu.

Nagadawszy się, uch. Jak tak rzuciłem okiem na powyższą notkę to ze smutkiem stwierdziłem, że wygląda jak zwykle znienawidzone przeze mnie prezentacje w Power Poincie robione przez niektórym fatalnych asystentów: 100 000 slajdów tekstu, zero obrazków...

Wybaczcie ale jakoś tak wyszło - chyba nie chcę w tym nic zmieniać.

Za to spodziewajcie się ode mnie częstszych spowiedzi - teraz już na serio!

Jakbym się ociągał, macie oficjalne zezwolenie na zawalenie mi skrzynki mailowej spamem ^^




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz